środa, 16 sierpnia 2017

Sylveco - recenzja zbiorcza naturalnych kosmetyków

 Jakiś czas temu dość mocno zainteresował mnie temat kosmetyków oraz dbania o twarzowe. Zdecydowana większość kupionych przeze mnie mazideł jest pochodzenia koreańskiego, dlatego też dla odmiany postanowiłam dać szansę polskiej firmie Sylveco (w skład której wchodzą marki Biolaven oraz Vianek). Po pierwsze dlatego, że producent ten jest z mojego regionu (a swoich trzeba wspierać), po drugie dlatego, że reklamuje się naturalnymi składami oraz dobroczynnym działaniem swych tworów. Jakże gorzką pigułkę musiałam przełknąć po przetestowaniu kilku produktów...
Zacznę jednak od początku.


 Jako pierwsze w moje łapki trafiły te oto piękne katalogi oraz próbki kremów do twarzy. Po niedługiej lekturze, oraz pierwszym zachwycie, czym prędzej przystąpiłam do testowania.

Pierwsze wrażenie, którego nigdy nie zapomnę: okropny zapach (wręcz smród) kremów, do którego w ogóle nie szło przywyknąć. Nie kojarzył mi się z ziołami/roślinami/czymś naturalnym, raczej z czystą chemią. Czułam go nawet godzinę po nałożeniu. Drażnił okropnie, a co za tym idzie pielęgnacja, która powinna być przyjemnością, zaczęła stawać się męczarnią. Cóż tam jednak zapach (w końcu dla urody trzeba cierpieć!), przejdźmy do działania smarowideł. Niestety, żaden z kremów (chociaż oznaczone jako "lekkie" oraz "na dzień") nie chciał się wchłaniać. Była to totalna porażka: twarz świeciła się niemiłosiernie, a nałożenie makijażu nie wchodziło w grę. Miałam wrażenie, jakby twarz pociła się pod nimi i błagała o umycie.


 Mycie? Toż to wspaniała myśl! Być może moje pianka myjąca nie pomaga odpowiednio przygotować twarzy do kolejnych etapów pielęgnacji, spróbujmy zatem czegoś z katalogu Sylveco. Niczym niezrażona zaczęłam przeglądać kolorowe strony i po chwili wybór padł na rumiankowy żel do twarzy, który do tej pory używam jako zamiennik koreańskich odpowiedników. Nie to, żeby był to produkt cudowny - o nie. Na początku powodował ściąganie twarzy, ale stosowałam go na tyle uparcie, że moja cera przestała na niego negatywnie reagować. Żel faktycznie oczyszcza twarz i nic więcej. Żadnej różnicy w wydzielaniu sebum, czy też bardziej odblokowanych porów nie odnotowałam. Niestety, nie zauważyłam też, by pomógł lepiej wchłaniać się kremom (wierzyłam w to naiwnie do samego końca). Ostatecznie w temacie kremów poddałam się: nie tylko nie chciały się wchłaniać, nie odczuwałam też żadnej poprawy stanu skóry, żadnego nawilżenia czy ukojenia. Zaczęłam za to zauważać, że pojawiło mi się trochę "białych łepków", co sugerowałoby, że kremy mnie zapychają. Próbki kremów (hojnie rozmnożone przez panią z apteki przy okazji kolejnych zakupów) trafiły w ręce innej osoby. Mam nadzieję, że posłużyły jej lepiej niż mi, chociaż nie miałam odwagi o to zapytać.


W ramach "niezrażania się" skusiłam się na kolejne produkty: hibiskusowy tonik do twarzy (mocno zachwalany na internetach) oraz lipowy płyn micelarny. Uch, co by tu napisać...



Hibiskusowy tonik do twarzy nie przypadł mi do gustu głównie ze względu na paskudną, lepką warstwę, jaką zostawiał na twarzy. Miałam wrażenie, że stanowiła ona barierę, przez którą inne kosmetyki nie mogły się przedostać i wchłaniać. Ogólnie stanu cery ani nie pogorszył, ani nie poprawił. Po skończeniu opakowania odetchnęłam z ulgą i nie zatęskniłam ani razu.

Z kolei lipowy płyn micelarny to kompletna porażka. Na stronie producenta przeczytać można: "Delikatny składnik myjący pozwala łatwo usunąć nawet intensywny i wodoodporny makijaż.". 
Nie. Po prostu nie. Płyn ten nie tylko nie usuwa wodoodpornego makijażu, on nie usuwa żadnego makijażu. Nie jest w stanie zetrzeć nawet samego pudru, nie wspominając o cieniach do powiek, eyelinerze, pomadce, podkładzie itd. Jest to mój najgorszy kosmetyczny zakup odkąd sięgam pamięcią. Ostatecznie wyrzuciłam ponad pół opakowania, ponieważ nie spisał się nawet do czyszczenia gąbki do nakładania podkładu czy pędzelka od eyelinera. A wspomniana delikatność skóry? Aby cokolwiek zetrzeć, trzeba by szorować twarz z całych sił. Nie wiem czy trafiłam na felerną partię, ale 20zł za tego typu "rarytas" to srogie przegięcie.

Jako bonus dorzucam recenzję kosmetyku do pielęgnacji włosów :^

Podczas poprzednich zakupów oprócz próbek kremów dorzucono mi także próbki balsamu myjącego do włosów z betuliną oraz odbudowującego szamponu pszeniczno-owsianego. I tu zaczęły się schody. Chociaż poprzednie kosmetyki były mocno "meh", to szampony na moich włosach zadziałały cudownie. Jedna próbka starczyła, by włosie stało się miękkie, delikatne, nie puszące się, łatwe w rozczesywaniu a przy okazji pachnące. 
Miłość od pierwszego użycia! 
Pojawiło się tylko jedno "ale"...


  Z racji na wspaniałe działanie uznałam, że będzie to idealny prezent dla innego długowłosego stworzenia, które pragnęłam przeciągnąć na kosmetyczno-naturalną stronę mocy. Balsam kupiłam w aptece, upewniając się jak zwykle co do daty ważności (zostało mu jakieś pół roku, co w przypadku kosmetyków naturalnych jest jak najbardziej ok). Stał w szklanej, zamykanej gablocie, tak więc w przeciwieństwie do swych pobratymców ze zwykłych drogerii miał ograniczony kontakt z chętnymi do otwierania i wąchania klientami. Kiedy już nosiłam się z zamiarem podarowania balsamu, w ostatniej chwili coś mnie tknęło. Postanowiłam zostawić sobie tę wersję, a jako prezent wręczyć opcję pszeniczną. Była to dobra decyzja...


 Okazało się bowiem, że balsam niczym nie przypomina próbek, które otrzymałam wcześniej w aptece. Po wylaniu na dłoń miał konsystencję bielonej wody, w której pływało mnóstwo drobin przypominających kaszkę. Nie muszę chyba mówić, jaki był mój szok? Normalną reakcją jest bieg do apteki i reklamacja tego typu produktu. Niestety, balsam kupiłam na wyjeździe i bilety kosztowałyby mnie parę razy więcej, niż zapłaciłam za felerny produkt. Postanowiłam więc napisać do producenta.


 Streszczając przebieg konwersacji: producent stwierdził, że balsam nie jest zepsuty i jak najbardziej nadaje się do użytku, aczkolwiek jeśli chcę, to mogę go reklamować, ale mam go odesłać z paragonem (którego nie miałam i o czym wcześniej wspomniałam), na koszt własny rzecz jasna. Podniosło mi to ciśnienie, ale machnęłam ręką - pal to licho. Zastanawia mnie tylko, czy gdybym kupiła szampon na miejscu i miała paragon, przyjęto by reklamację w aptece? Czy też stwierdzono by za producentem, że wszystko jest ok? 
Jeśli ktoś ma wątpliwości o co jestem zła, skoro szampon jest "ok", to już piszę: proszę spróbować umyć sobie włosy czymś, co ma konsystencję wody, od razu spływa z włosów i nie pieni się. Tak. Posłuchałam producenta i postanowiłam umyć włosy tym oto "balsamem" (omijając skórę głowy). Efekt był mizerny, a działanie niczym nie przypominało tego znanego mi z próbek.


Podsumowując: szampon kosztuje prawie 30zł za 300ml i nigdy nie wiadomo, czy kupi się go w postaci balsamu, czy wody z farfoclami. Co gorsza, producent przyznał, że tego typu problemy mogą dotyczyć także innych produktów, więc co? Nie kupować ich na prezent albo obdarowywanej osobie od razu mówić, że kosmetyk może mieć inną konsystencję od tej znanej ze zdjęć czy filmików, ale to ok, bo jest eco? A to, że nie nadaje się do użytku, przemilczeć?


Jakie są wasze doświadczenia z produktami tej marki? Coś przypadło wam do gustu, czy poczuliście raczej rozczarowanie? Z chęcią poznam opinie innych osób, ponieważ osobiście jestem bardzo zawiedziona i odnoszę przykre wrażenie, że Sylveco jest jednak mocno przereklamowane...


3 komentarze:

  1. Mam podobne odczucia co do tej marki. Kiedy wypróbowałam próbkę szamponu z betuliną - byłam zachwycona, naprawdę. Zakupiłam całą butelkę i niestety, ale odniosłam wrażnie, że to dwa różne produkty. Szampon jest rozwodniony i trudno go przez to zaaplikować na głowę, bo zwyczajnie przelewa się przez dłonie. Owszem, włosy są po nim wygładzone, ale jednocześnie niedomywa skalpu. Obecnie używam go wyłącznie do mycia włosów na długości, a skórę głowy myję nawilżającą Alterrą z Rossmanna. Pozdrawiam serdecznie!
    PS. Od dawna zaglądam na bloga i podziwiam wszystkie styliacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej hej, czekam na nową notkę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też bardzo czekam na nowy wpis :/

    OdpowiedzUsuń